D. BREHMER: „POTRZEBUJĘ JEDNEGO CZŁOWIEKA”

D. BREHMER: „POTRZEBUJĘ JEDNEGO CZŁOWIEKA”

24 listopada 2025 0 przez Kamil Drzeniek

Takiej rozmowy jeszcze u nas nie było. Trener Dawid Brehmer w pełnym szczerości wywiadzie opowiada o trudnym czasie po spadku z III Ligi, realiach dzisiejszej Podlesianki, ocenie całej ligi – kto zaskoczył a kto rozczarował a także o wyczekiwaniu na jednego człowieka, który mocno pomógłby Podlesiance. Koniecznie przeczytajcie!

Podlesianka Katowice Mistrzem Jesieni. Brzmi dumnie?

– Na pewno jest to duży powód do zadowolenia. I w sumie nie z powodu samego miejsca, tylko drogi, która nas w to miejsce przywiodła. Nikomu nie trzeba udowadniać, że po spadku atmosfera wokół zespołu daleka była od ideału. Kibice byli przerażeni ilością odejść z klubu, brakiem wartościowych wzmocnień, ale my wiedzieliśmy, że pewne działania są nieuniknione. Zarówno pod kątem psychologii zespołu, jak i czysto ekonomicznego punktu widzenia projekt potężnej kadrowo Podlesianki musiał zostać odłożony do archiwum. W tej sytuacji postawiliśmy na sprawdzony sposób – „podleski know how” – bez bicia piany, bez ludzi z przerośniętym ego, bez mitomanii, ale  za to z realistami na pokładzie, którzy wiedzą co znaczy ciężką praca i że pieniądze w sporcie nie zawsze o wszystkim decydują, tylko fachowość, profesjonalizm i szczypta pokory w stosunku do własnych deficytów.

Wracając do sedna — prawdziwa duma nie rodzi się w połowie drogi. Przyjdzie dopiero wtedy, gdy misja zostanie domknięta. A misja to nie tylko tabela, lecz także wszystkie działania, które mają umocnić klub tak, by żaden przyszły sztorm go nie naruszył. Na razie widzimy kierunek, ale do mety wciąż daleko. Łatwo na pewno nie będzie…

Ale trzeba przyznać, że przed sezonem tak naprawdę sami nie wiedzieliśmy, na co będzie nas stać, dlatego jesień zweryfikowała to niezwykle pozytywnie.

– Myślę, że w największym stopniu ta niepewność dotyczyła jednak osób, które stały z boku i obserwowały, że z klubu odchodzi wielu graczy, którzy dotychczas znaczyli sporo dla klubu. Dodatkowo straciliśmy mocnych członków sztabu szkoleniowego, co mogło podwoić efekt strachu o przyszłość zespołu. Dla nas ta niepewność była odczuwalna, ale tylko bezpośrednio po spadku. Bardzo szybko przystąpiliśmy jednak do działania i metodycznie wdrażaliśmy plan restrukturyzacji pierwszego zespołu. Toczyły się rozmowy, negocjacje i czuliśmy, że zmierzamy we właściwym kierunku. Trzon został utrzymany – zarówno pod względem umiejętności sportowych, jak i charakteru, pozycje młodzieżowców wstępnie zabezpieczone, głównie dzięki kapitalnej współpracy z GKS-em Tychy. Przemodelowaliśmy też strukturę sztabu, co dziś wydaje mi się kluczowe w bieżącej kampanii. Krok po kroku układało się to w fajną spójną całość i tuż przed startem ligi zespół był kompletny.

Skłamałbym mówiąc, że dobry wynik bardzo nas zaskoczył. Mnie osobiście nie za bardzo, aczkolwiek przyznaje, że jest naprawdę imponujący, bo nasza dotychczasowa średnia punktów jest wyższa niż w sezonie kiedy robiliśmy awans a rywale za plecami chyba ciut bardziej wymagający niż ostatnim razem.

Mimo tego dostrzegam też przestrzeń do tego by trochę ponarzekać – na pewno do dziś boli mnie remis z Rakowem i remis z Piastem – z tych meczów mogliśmy i powinniśmy wyciągnąć dużo więcej patrząc na aspekt ogromnej przewagi, którą mieliśmy przez pełne 90 minut. Cztery punkty więcej brzmiałoby w tabeli zdecydowanie groźniej (śmiech).

Mówiąc o niepewności przed sezonem, w dużym stopniu miałem na myśli porażkę z Wiślanami Skawina. Dotkliwa porażka, która nawet mimo statusu spotkania sparingowego musiała martwić.

– Nasze letnie sparingi wyglądały przeciętnie, ale trzeba pamiętać o kilku faktach. Harmonogram powstawał jeszcze wtedy, gdy byliśmy pełnoprawnym III-ligowcem, więc większość rywali była z tego poziomu. Testowaliśmy wielu młodych zawodników, część doświadczonych graczy dostała dłuższe wolne, by oczyścić głowę po trudnej rundzie w Betclic 3 Lidze. Do tego wdrażaliśmy nowy model gry i zupełnie nowe ustawienie, co wymagało czasu, korekt i wypracowania automatyzmów. Wiedzieliśmy, że wyniki będą tego kosztem, ale to był jedyny moment w roku, w którym można było pozwolić sobie na taki „laboratoryjny” okres — bez konsekwencji punktowych. Paradoksalnie te słabsze rezultaty stworzyły pewną zasłonę dymną. W środowisku szybko pojawiła się opinia, że Podlesianka będzie jedynie średniakiem. Trudno jednak oczekiwać od osób patrzących z zewnątrz, by widziały to, co my — będąc codziennie w samym oku cyklonu.

Wróćmy jednak do sparingu z Wiślanami. Już wcześniej z ich sztabem ustaliliśmy 120 minut gry, tak by minuty złapała jak największa liczba zawodników. Mecz miał być na naturalnej murawie, w okolicach Skawiny. Ostatecznie, tuż przed terminem, przeniesiono go na stadion rywala, na sztuczną nawierzchnię, przy ponad 30 stopniach i w okresie piku obciążeń naszego mezocyklu przedsezonowego. Kilku kluczowych zawodników mierzyło się z przeciążeniami, a nasza kadra liczyła zaledwie 17 zdrowych graczy. Mimo to nie zmienialiśmy ustaleń — dane słowo jest ważniejsze niż komfort. Poszliśmy na żywioł. Skończyło się bolesnym 0:8, obtarciami, odciskami i „zapchanymi” nogami. Jako sztab czuliśmy odpowiedzialność za ten kontekst.

Dlatego — wyłącznie dla dobra zespołu — na wniosek rady drużyny – poprosiliśmy dział medialny, by wyniku nie podawać w social mediach bo i tak każdy kto chciał, mógł go znaleźć u rywala. Kibice ponownie dali nam votum zaufania, za co im szczerze dziękuję. Natomiast przyznam, że zaskoczyła mnie krótkowzroczność kilku osób, które mają wystarczające doświadczenie w piłce, by rozumieć, jak ważne są „team spirit” i spójna narracja klubu. Tym bardziej dziwiło, że to właśnie one najmocniej krytykowały sposób przedstawienia tego sparingu. Było to zamieszanie bez większego sensu — tym bardziej że dotyczyło jednostek całkowicie niezwiązanych z Podlesianką. Traktuję to wyłącznie jako ciekawy kontekst tamtej sytuacji, nic więcej. Jesteśmy zespołem mocnym mentalnie i nie przywiązujemy wagi do opinii pozbawionych merytorycznych podstaw. Dla mnie najważniejsza jest prawdziwa, wewnętrzna pokora, a nie ta deklarowana na pokaz.

Finansowo-organizacyjnie udaje nam się powoli wychodzić na prostą? Wszyscy dobrze pamiętamy, jak wiele – pod każdym względem – pochłonęła nas III Liga.

– Piłka nożna to studnia bez dna. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że funkcjonowanie na półprofesjonalnym poziomie w dużym mieście, w centrum ogromnej aglomeracji, to jedno z najtrudniejszych wyzwań, jakie może spotkać klub taki jak nasz. Prosty przykład: gdybyśmy funkcjonowali w województwie opolskim lub lubuskim – z których przecież pochodzili nasi rywale w III lidze – bylibyśmy tam dziś 3–4 siłą całego regionu. Tam naturalnie łatwiej o środki, zarówno publiczne, jak i prywatne, bo konkurencja jest dużo mniejsza. Na Śląsku realia są zupełnie inne. Jesteśmy w kolejności kilkunastym klubem w województwie i trzecim w samych Katowicach. A w mieście liczy się przede wszystkim Ekstraklasa – nie mówię tego złośliwie, po prostu tak wygląda układ sił.

Mimo tego idziemy do przodu. Obniżyliśmy koszty funkcjonowania pierwszej drużyny, a akademia wykonała realny skok jakościowy. Nie jest lekko i raczej nie będzie, ale robimy wszystko, by ktoś dostrzegł potencjał tego małego, pracowitego klubu. Mamy sprawdzonych przyjaciół i sponsorów, za co jesteśmy szczerze wdzięczni, choć potrzeby wciąż są duże. Najważniejsze jednak, że mimo finansowych ograniczeń nie odbija się to na pionie sportowym. Walczymy o to, by utrzymać się na powierzchni – i jak na razie robimy to skutecznie.

Pobyt w III lidze dał nam także ogrom doświadczeń w logistyce, organizacji dnia meczowego i codziennym funkcjonowaniu. Dziś działamy na zdecydowanie wyższym poziomie niż w czasie, gdy robiliśmy awans — to realny, mocny progres i jeden z największych plusów naszej przygody na szczeblu centralnym.

Do tego oczywiście jeszcze daleka droga, ale gdyby pojawiła się szansa awansu do III Ligi, to Podlesianka zgłasza do tego chęci? Nie pytam w kontekście czysto sportowym, bo to sprawa oczywista. Pytam o wątek finansowo-organizacyjny, czy jesteśmy w stanie ponownie występować poziom wyżej.

– Temat jest złożony. Trzeba jasno powiedzieć: gra się w lidze po to, by móc skonsumować ewentualny sukces. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której klub byłby w tak trudnym położeniu, że uniemożliwiłoby to grę w III lidze po zajęciu pierwszego miejsca lub wygraniu baraży. Oznaczałoby to stan niemal agonalny, a tego nigdy nie chciałbym dożyć. Problem z minionego sezonu wynikał z kilku czynników, których nie byliśmy w stanie wcześniej przewidzieć — i ponownie muszę odwołać się do „okoliczności nadzwyczajnej”. Jej skutki niestety odczuwamy do dziś. Mając obecną wiedzę, wystąpilibyśmy w minionym sezonie w Betclic III lidze na zdecydowanie mniejszym budżecie i przy ograniczonej logistyce. Jestem przekonany, że również dalibyśmy sobie radę, bo w najgorszym przypadku efekt końcowy byłby identyczny — spadek. Drugi raz nie weszlibyśmy w układy, które ostatecznie okazały się jedynie fatamorganą.

Oprócz tego, okazało się finalnie, że próg utrzymania drastycznie przerósł prognozy. Mało kto zakładał, że trzeba będzie zdobyć aż 46 punktów, czyli znacznie więcej niż wynikało z analiz wcześniejszych sezonów. To było dla nas realne zaskoczenie i dopełniło ten aspekt pozasportowy.

Wracając do sedna — tak jak wcześniej zwracałem uwagę na ograniczenia wynikające z funkcjonowania w centrum ogromnej aglomeracji, tak przy potencjalnym awansie ta trudność mogłaby stać się atutem. Rynek młodych zawodników jest dziś skonstruowany tak, że moglibyśmy pozyskać naprawdę wielu zdolnych graczy z regionu, a program „Młodzieżowiec 2.0” dałby nam szansę powalczyć o solidne środki. To otworzyłoby drogę do stworzenia młodego, ambitnego i stosunkowo taniego zespołu, wzmocnionego grupą kilku starszych i doświadczonych zawodników, którzy już dziś nadają ton naszej drużynie.

Ogromnym atutem pozostaje także współpraca z GKS-em Tychy, która przyniosła wymierne korzyści obu stronom. Tychy weszły w tę relację z pełną otwartością, dały nam realne wsparcie i jakość sportową, która uchroniła klub przed większym tąpnięciem. W Katowicach pojawiały się wobec tego pewne głosy krytyczne, ale fakty są jednoznaczne: nie istniała żadna alternatywa lub kontrpropozycja, a współpraca nie uderzała w najmniejszym stopniu w interes miasta, czy jakiejkolwiek instytucji związanej z katowickim sportem. To zostało całkowicie błędnie odczytane, a szkoda, bo efekt był i nadal jest bardzo pozytywny.

I oczywiście — warto podkreślić, że również wsparcie miasta Katowice do nas docierało i było wyczuwalne. Zawsze byliśmy też za nie wdzięczni. Natomiast trzeba też uczciwie powiedzieć, że sport na poziomie profesjonalnym na którym wówczas występowaliśmy wymagał nakładów znacznie przekraczających te, które trafiły do klubu. To naturalna różnica skali, z którymi muszą niestety mierzyć się mniejsze kluby w dużych miastach. Wspominałem już o tym wcześniej. 

Podsumowując: naszym największym wyzwaniem nie jest poziom sportowy, lecz to, czy klub jako całość ponownie stanie na nogi i odzyska stabilność, z której przez lata byliśmy znani. Mamy duszę sportowców i chcemy grać jak najwyżej. Jeśli klub wyjdzie na prostą, damy sobie radę w każdej lidze. Jednak dziś nie stawiamy awansu na piedestale. Chcemy wygrywać, rozwijać się i dawać radość naszym kibicom. A co przyniesie czas — okaże się w czerwcu. Wtedy będziemy wiedzieć znacznie więcej.

Wracając jezcze do tego co wydarzyło się jesienią – jesteśmy liderem, ale wiem – że jako sztab – zawsze dążycie do tego aby mogło być jeszcze lepiej. Co należy zatem poprawić przed rundą wiosenną, na czym się skupicie?

 – Mimo świetnego wyniku na półmetku sezonu od dłuższego czasu intensywnie analizujemy nasze deficyty. Patrzymy na rundę w dwóch perspektywach. Po pierwsze – taktycznej. Mamy sporo spostrzeżeń dotyczących tego, jak wzbogacić nasz model gry i w których fazach możemy wprowadzić nowe, miejmy nadzieję lepsze, rozwiązania. Od początku sezonu funkcjonowaliśmy w nowym ustawieniu, które dało nam wiele atutów, ale w trakcie rundy dotarliśmy do momentów, które pokazują, że musimy wprowadzić korekty. Mecze z najsilniejszymi rywalami bardzo wyraźnie pokazały, że nie jesteśmy – i pewnie długo jeszcze nie będziemy – „kompletni”. To naturalne. Budowanie zespołu to proces, który trwa bez przerwy. Jak kiedyś żartobliwie powiedziałem: załatasz dziurę w dachu, a nagle okazuje się, że kapie z kranu. Tak to wygląda w praktyce. Konkret? Skupimy się głównie na pracy w defensywie oraz na fazach przejściowych z ataku do obrony. Chcemy być jeszcze lepiej zorganizowani, bardziej powtarzalni i szybsi w reakcjach.

Druga płaszczyzna to personalia. Analizujemy, gdzie możemy szukać większych impulsów, których zawodników warto wypożyczyć, a w których przypadkach rozważyć skrócenie wypożyczeń. Listopadowe sparingi dadzą nam dodatkowe odpowiedzi. Jedno mogę powiedzieć jasno – nikt z wiodących graczy nie opuści Podlesianki. Mamy ważne kontrakty i nie planujemy żadnych zmian strategicznych. Naszym celem jest zwiększenie konkurencji. Jeśli dojdą nowe nazwiska, to będą to młodzi, ambitni zawodnicy, którzy realnie podniosą jakość rywalizacji. Aspekt finansowy jest kluczowy – nie podnosimy budżetu. Ewentualny skok jakości musi wynikać z pracy, charakteru drużyny i przemyślanych korekt transferowych w modelu „jeden za jednego”.

To zapytam nieco inaczej – z naszej gry, a zwłaszcza liczb w ofensywie jako sztab jesteście zadowoleni? Bo gdyby patrzeć na ilość zdobytych bramek w rundzie jesiennej to plasowalibyśmy się dopiero na ósmej pozycji w całej ligowej stawce.

– Rzeczywiście, na tle ligi nasza liczba zdobytych bramek może wyglądać skromniej, ale absolutnie nie traktujemy tego jako problemu. W sezonie, w którym awansowaliśmy do III ligi, nasza średnia goli wynosiła 1,96. Teraz jest to dokładnie 2,0 – więc czysto teoretycznie nie ma podstaw do niepokoju, zwłaszcza że równolegle utrzymujemy średnią straconych bramek poniżej jednego gola na mecz. A takie połączenie daje w dłuższej perspektywie bardzo solidne podstawy do punktowania. Oczywiście, statystyka nie gra i nie będziemy budować wiary na samej matematyce. Kluczowe dla nas jest to, że tworzymy naprawdę dużo sytuacji bramkowych. Przy lepiej nastawionych celownikach nasz bilans mógłby być spokojnie dwa razy wyższy. I mówię to zupełnie uczciwie – bo jako trener wiem, że skuteczność jest jednym z najtrudniejszych elementów do wytrenowania. Tutaj wchodzi w grę psychologia, pewność siebie, presja meczowa, otoczenie. Na treningach zawodnicy strzelają na świetnych procentach, a w meczu – gdzie dochodzi adrenalina i ciężar decyzji – bywa inaczej. To naturalne i dotyczy także topowych napastników. Nie trzeba daleko szukać: nawet Robert Lewandowski czy inni najlepsi snajperzy miewali dłuższe okresy bez gola, więc nie jest to kwestia umiejętności.

Problem pojawiłby się dopiero wtedy, gdybyśmy sytuacji nie tworzyli. A to się praktycznie nie zdarzało. Jeśli miałbym wskazać jedno spotkanie, w którym ofensywnie wyglądaliśmy słabiej, to byłby to jedynie mecz z Szombierkami Bytom. To chyba jedyne starcie, w którym tych szans na gole było jak na lekarstwo, a mimo wszystko potrafiliśmy wywieźć komplet punktów – co również coś mówi o charakterze zespołu.

To który mecz w rundzie jesiennej można uznać za najlepszy w naszym wykonaniu, a o którym chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć?

– Logika podpowiadałaby, że najgorszym naszym występem był mecz ze Spójnią Landek – jedyna porażka, jedyne spotkanie bez zdobytej bramki i jedyne, w którym straciliśmy aż cztery gole. Paradoks polega na tym, że akurat tego meczu nie brałbym do naszej klasyfikacji. O jego kulisach było już głośno – nie bez mojego udziału – i do dziś uważam, że nasze atuty zostały tam „zduszone” czynnikami zewnętrznymi. Temat żył bardzo szerokim echem, ale zostawmy go już w spokoju.

Jeśli chodzi o realnie słabsze mecze, to na pewno poniżej poziomu zagraliśmy z Przemszą Siewierz. Wynik 4:1 może mylić, bo przez dużą część spotkania panował ogromny chaos. Podobnie wyglądała pierwsza połowa meczu z Kuźnią – rywale wykorzystywali nasze proste błędy, a nam mocno pomogły świetne interwencje Artura Tomanka Potem udało się opanować ten mecz, ale mogło być różnie, gdyby nie udało się przetrwać ich naporu. Szombierki, od których wyszło pytanie, to z kolei przykład meczu bardzo trudnego ofensywnie, ale rozegranego świetnie w destrukcji. Gdybym miał wskazać wspólny mianownik słabszych fragmentów – to były te kilkunasto–kilkudziesięciominutowe okresy, w których przestawaliśmy grać konsekwentnie i wchodziliśmy z rywalem w piłkarski „ping-pong”. To było coś, nad czym mocno pracowaliśmy i uważam, że od połowy rundy udało się ten problem w dużej mierze ustabilizować.

Jeżeli natomiast chodzi o najlepsze mecze, to najbardziej cieszy mnie sam fakt, że w większości spotkań potrafiliśmy utrzymać równowagę między solidną defensywą a lekkością w ofensywie. To nie było proste, bo rotacji mieliśmy sporo, a kilku kluczowych graczy wypadało na dłuższe okresy. Tym bardziej doceniamy, że mimo takich perturbacji potrafiliśmy trzymać wysoki, powtarzalny poziom gry.

Oczywiście nie będę udawał, że mecze takie jak z ROW-em czy choćby ostatni, bardzo wymagający wyjazd do Zbrosławic, nie dają trochę dodatkowej satysfakcji. To naturalne. Ale patrząc na rundę na chłodno, dużo bardziej cenię równą i stabilną formę niż jednorazowe skoki jakości. Najważniejsze, że w tej rundzie udało nam się połączyć jedno z drugim — i to czuć zarówno w wynikach, jak i w samej grze.

Patrząc z szerszej perspektywy – który zespół poza Podlesianką zasługuje na słowa pochwały za jesień, a który powinien być rozczarowany swoją postawą, bo było ich stać na zdecydowanie więcej?

– Zacznę od ROW-u. Przez większość rundy prowadzili w tabeli i to akurat zgadzało się z przedsezonowymi typami środowiska. Rybnik od początku miał wszystko, by nadawać ton rozgrywkom: świetną bazę, duży stadion, kibiców, no i doświadczonego trenera. To dawało im naturalną przewagę. Finalnie pewnie czują niedosyt, bo liga okazała się bardziej wymagająca, niż wielu sądziło. W rewanżach wrócą podrażnieni i dalej będą walczyć o najwyższy cel. Z naszej perspektywy – cieszy nas, że dobrze „rozczytaliśmy” ich grę i wygraliśmy hit na Sołtysiej. Jesienią byliśmy po prostu stabilniejsi.

Jeśli chodzi o największe pozytywne niespodzianki, to wskazałbym trzy zespoły. Pierwsza to Spójnia Landek. Muszę się przyznać, że na starcie byłem sceptyczny, czy utrzymają wysoką formę na dłuższym dystansie. Tymczasem grali dojrzale, konsekwentnie , a swoją drogą, żeby strzelić Podlesiance cztery gole, trzeba naprawdę solidnie stać piłkarsko – niezależnie od okoliczności. Drugim zespołem na plus jest Orzeł Łękawica. To beniaminek grający bardzo pragmatyczny, dobrze zorganizowany futbol i osiągający wyniki ponad przedsezonowe przewidywania. A trzecia ekipa to Raków II. Rezerwy z natury są nieregularne, a jednak potrafili wygrać osiem meczów z rzędu, mimo, iż cały trzon z zeszłego sezonu wraz z trenerem przeszedł do 3-ligowej Skry. Tu duży szacunek. Zobaczymy, czy na wiosnę utrzymają Tomasza Walczaka, bo on, moim zdaniem robił dużą różnicę na pozycji numer dziewięć. Nawet jeśli odejdzie, to dalej będzie to drużyna nieprzyjemna dla każdego.

Reszta ligi trzyma naprawdę wysoki poziom. Nie było meczu, na który jakikolwiek faworyt mógłby jechać „po swoje”. Myślę, że kilka ekip może jeszcze mocno iść w górę – szczególnie Cidry, Szombry i Łaziska, czyli doświadczeni ligowcy, którzy mają zespoły co najmniej na miejsca w top 5.

Nie chcę nikogo piętnować, ale trzeba powiedzieć uczciwie: największym rozczarowaniem rundy jest Przemsza Siewierz. Mało kto się spodziewał tak słabego bilansu, bo to klub o solidnych możliwościach organizacyjnych i finansowych. Słychać już jednak, że zimą szykują się tam grube wzmocnienia, więc pewnie czeka ich ostra, ale realna do wygrania wojna o utrzymanie.

W dole tabeli sytuacja też jest ciekawa. Poza Gwarkiem, który co prawda punktuje słabo, ale potrafi napsuć krwi faworytom, trudno wskazać ekipę „bez argumentów”. Rozwój, Bełk, Victoria, Turza – to wszystko drużyny, które ambicjami i nazwami spokojnie mogłyby być wyżej. Dlatego walka o pozostanie w lidze też zapowiada się interesująco.

Ostatnio gruchnęła informacja o wycofaniu się z rozgrywek Znicza Kłobuck.

– Nie siedzimy w środku tej sytuacji i nie mamy pełnego obrazu, ale jeśli wycofanie drużyny faktycznie — zgodnie z cytowaną w mediach wypowiedzią prezesa — ma być formą „kary” dla gminy i kibiców, a nie wynikało z obiektywnych ograniczeń finansowych, to trudno nie zauważyć, że jest to decyzja co najmniej niefortunna. W klubie sportowym zarząd nie jest właścicielem losów drużyny w takim sensie, jak właściciel firmy. Jest raczej spadkobiercą dorobku pokoleń i zobowiązań wobec środowiska. Wymaga to innego sposobu patrzenia na odpowiedzialność.

Z doświadczeń Podlesianki nauczyłem się dwóch rzeczy. Po pierwsze — klub to dobro wspólne, a osoby pełniące funkcje nie zarządzają nim według własnego widzimisię, lecz w interesie całości. Po drugie — kto liczy na trwałą wdzięczność za swój wkład, ten prędzej czy później się zawiedzie. Choć praca wielu ludzi bywa ogromna i szczera, to świat sportu jest bezlitosny: pamięć jest selektywna, a pomniki potrafią kruszeć szybciej, niż się je stawia. To po prostu naturalny, choć smutny mechanizm, ale nie powód do obrazy.

Znacznie bardziej niż sam powód wycofania interesują mnie jego konsekwencje. Pierwszy przykład jest oczywisty: awans Znicza po barażu pośrednio doprowadził do upadku Odry Wodzisław — klubu, który na poziomie IV ligi spokojnie by funkcjonował, bo tylko wówczas utrzymałby finansowanie miejskie. Trudno znaleźć sens w walce o awans, jeśli pół roku później rezygnuje się z miejsca wywalczonego sportowo.

Druga kwestia to wpływ decyzji o wycofaniu na ligę. Anulowanie wyników oznacza, że tabela zostaje zaburzona. Jedni tracą punkty wypracowane na boisku, inni dostają je za darmo. W naszym przypadku zwycięstwo ze Zniczem kosztowało nas sporo wysiłku, a okazało się później całkowicie bez znaczenia. I choć akurat układ innych wyników sprawił, że nie wypaczyło to walki o awans czy utrzymanie, to było to raczej szczęśliwe zrządzenie losu niż efekt zdrowego systemu. Kolejny aspekt to przymusowa pauza w trakcie rundy. Dla osób z boku to drobiazg, ale w praktyce taka przerwa potrafi zaburzyć rytm pracy, mikrocykl i sposób przygotowania drużyny. Każdy, kto pracuje z zespołem, wie, że takie rzeczy nie są obojętne. Patrząc na całość, wyłania się obraz decyzji, która uderzyła — pośrednio, ale mocno — w kilka innych klubów i w samą konstrukcję rozgrywek.

Oczywiście każdy może znaleźć się w sytuacji kryzysowej. Nie twierdzę, że zawsze da się wszystko załatać siłą woli. Natomiast dokończenie rundy nawet minimalnym nakładem, z udziałem rezerw czy starszych juniorów, jest w IV lidze możliwe. Nie jest to komfortowe, ale jest wykonalne i pozwala uniknąć destrukcyjnych skutków dla innych. Rozgrywki ligowe są systemem naczyń połączonych. Nie można patrzeć wyłącznie na własny interes — choć rozumiem, że w trudnym momencie może to być kuszące.

My sami od półtora roku funkcjonujemy praktycznie w permanentnym kryzysie. Nie zawsze czujemy wsparcie, czasem mamy wrażenie, że nikt nie widzi, ile kosztuje to nas pracy. A mimo to nie rezygnujemy i nie uciekamy od odpowiedzialności. W sporcie albo się walczy do końca, albo oddaje pole. Charakter weryfikuje się nie przy dobrych wynikach, ale przy przesileniu. Nie zamierzam ferować wyroków, bo nie znamy wszystkich szczegółów. Ale z boku wygląda to tak, jakby przeważył nie kryzys finansowy, tylko kryzys determinacji. A to są dwie zupełnie różne rzeczy.

Oby akurat u nas ta determinacja się nie skończyła, ale czerwona pomarańczowa lampka ciągle się pali. Fajnie gdyby te sygnały odczytały osoby czy instytucje mogące nam pomóc. My akurat dobrze wiemy jak niewielki kapitał finansowy przekształcić w sportowe złoto. Już to kilka razy zrobiliśmy!

Jeśli miałbyś wskazać coś, czego naprawdę obawiasz się przed rundą rewanżową, to co by to było? Większej liczby meczów wyjazdowych niż na jesień?

– Sparafrazuję tu cytat z mojego ulubionego komiksu z dzieciństwa, „Asteriksa”. Gallowie bali się tylko jednego – że niebo spadnie im na głowę. U mnie to wygląda podobnie, tylko w wersji piłkarskiej. Moja jedyna fobia to obawa, że boisko nie pozwoli grać w piłkę, tylko zmusi nas wszystkich do kopania się po czołach (śmiech). A mówiąc poważnie: nie boimy się wyjazdów ani żadnego rywala. Obawiamy się tylko sytuacji, w której stan murawy ma ponadnormatywny wpływ na realizację planu meczowego. W czwartej lidze warunki są zróżnicowane, a jeszcze niedawno graliśmy w Betclic 3 lidze, która pod tym względem jest zupełnie innym światem. Na szczęście po słabszym początku nauczyliśmy się funkcjonować także w spotkaniach, w których ważniejszy od aspektu techniczno–taktycznego staje się element wolicjonalny. Przetrwaliśmy takie testy na Szombierkach i w ostatniej kolejce z Dramą, gdzie w Ptakowicach gra się naprawdę specyficznie, a gospodarze nie przegrali od wielu miesięcy.

Patrzyłem też z niepokojem na to, że tak duża liczba domowych meczów może odbić się na naszym boisku. Tymczasem, mimo fatalnej pogody i częstych jesiennych opadów, gospodarzom udało się utrzymać murawę w dobrym stanie aż do końca rundy, choć momentami i ono miało swoje troszkę słabsze dni. Wierzę, że na wiosnę dalej będzie to jedno z najlepszych boisk w czwartej lidze.

A nasza drużyna? Kto zasługuje na pochwały, a kto powinien dać z siebie nieco więcej?

– Staramy się nie komentować takich kwestii publicznie. Każdy zawodnik zasługuje na szacunek, niezależnie od tego, czy jest w wysokiej formie, czy przechodzi słabszy okres. Błędy są elementem sportu – nikt nie jest w stanie utrzymywać topowego poziomu przez 365 dni w roku. My natomiast bardzo uważnie monitorujemy rozwój każdego zawodnika i regularnie prowadzimy z nimi rozmowy indywidualne. Zależy nam, by każdy w drużynie czuł się ważny, bo tak właśnie jest: żeby osiągać dobre wyniki, potrzebujemy nie tylko 12–14 najczęściej występujących zawodników, lecz całej ponad dwudziestoosobowej kadry.

Jednocześnie nie ma sensu udawać, że jest inaczej – uważamy, że mamy zespół zbudowany świadomie, spójnie i z dużą jakością. Mamy grupę piłkarzy z solidnym doświadczeniem na poziomie profesjonalnym, którzy wciąż są ambitni. Są zawodnicy, którzy osiągają swój sportowy szczyt właśnie w Podlesiu, oraz młodzi, dynamiczni gracze mocno naciskający na skład.

Jeśli ktoś naprawdę nas zawiódł czy to pod kątem sportowym, czy pozasportowym to dowie się tego bezpośrednio od nas. Z wiadomych względów szczególnie cieszy nas progres młodzieży, bo to ona w dłuższej perspektywie może stanowić o sile zespołu. Starsi zawodnicy są fundamentem — dają stabilność i naturalnie przejmują ciężar kreowania gry i odpowiedzialności boiskowej. Oni nie potrzebują pochwał, bo dobrze znają swoją wartość. Mają jasno określoną rolę i trzeba uczciwie powiedzieć, że wywiązują się z niej bardzo dobrze, zarówno w szatni jak i na boisku,

Wielu trenerów podkreśla, że ich praca zależy nie tylko od drużyny, ale też od ludzi w sztabie. Jak to wygląda w Podlesiu?

– Od początku mojej pracy trenerskiej miałem wokół siebie świetnych fachowców. Dlatego z dużym żalem przyjąłem odejścia Groma i Rafała Chrząszcza po minionym sezonie. Przez trzy lata poznaliśmy się jak łyse konie i przeżyliśmy wspólnie kawał ważnej dla klubu historii. Nie ukrywam, że to właśnie oni zainspirowali mnie do zmiany koncepcji – odejścia od klasycznego modelu „jedynki” w stronę trenerskiego duetu. Dziś mam poczucie, że potrafimy z Robertem wyciągnąć z siebie to, co najlepsze. Moje doświadczenie i znajomość tego środowiska dobrze łączą się z jego świeżością i dużą świadomością taktyczną, co daje bardzo stabilny, skuteczny mix.

Ogromnie cenimy razem z Robertem pracę naszego drugiego trenera, Damiana – rozwija się z miesiąca na miesiąc i pomaga nam w każdym aspekcie funkcjonowania zespołu. Jest też Mati Talarczyk, odpowiedzialny za przygotowanie motoryczne, świetny specjalista, który dba o to, by drużyna była gotowa fizycznie na najwyższym poziomie. Za bramkarzy od lat odpowiada Marcin Krzyżowski, człowiek o ogromnym doświadczeniu i jakości w szkoleniu golkiperów. Mamy dwójkę fantastycznych masażystów, Matiego i Rafała, jest Palo, który zawsze potrafi uzupełnić nasze deficyty i wziąć na siebie to, czego akurat brakuje. No i oczywiście Maciek Szulce – osoba absolutnie kluczowa dla codziennego funkcjonowania klubu. Do dziś wspominamy, jak wielkim przypadkiem i zrządzeniem losu było to, że przywędrował do nas z dalekiego Tczewa. Gdyby nie on, wiele codziennych spraw po prostu by się nie domknęło.

Chcę też dodać coś, o czym często nie mówi się głośno: są też ludzie z cienia, którzy są przy klubie od lat i bez których Podlesie nie wyglądałoby tak, jak dziś. Ostatnio żartowaliśmy, że bez każdego z nas Podlesie pewnie by sobie poradziło, ale bez naszej gospodyni, Pani Usi, to chyba trzeba by się było zwijać na dobre. To jest prawda, bo to osoba, która trzyma ten klub od środka jak niewidoczny fundament. Podobnie mógłbym powiedzieć o Oskarze. Choć cały czas jest naszą nominalną „trójką” między słupkami i bardzo go sportowo cenimy, to wkład w organizację pracy klubu jest kolosalny. A nad tym wszystkim stoi jeszcze prezes Grzegorz – najdłużej w Podlesiu z nas wszystkich, zawsze lojalny wobec klubu, choć obowiązków zawodowych ma naprawdę dużo. To on dba, by wszystko funkcjonowało z tyłu, często po cichu, ale z ogromnym poświęceniem.

I skoro mówimy o ludziach, bez których ten klub nie miałby tak silnej tożsamości – dotarliśmy też do tych, którzy odpowiadają za to, że o Podlesiu słyszy się szeroko. Dział medialny: Kamil, Agata i Grzegorz, wspierani przez swoich pomocników. To naprawdę najlepszy zespół medialny na Śląsku – robią kapitalną robotę i są ogromną częścią tego, jak klub wygląda na zewnątrz.

Na koniec dodam tylko, że może w tej wypowiedzi trochę popłynąłem, ale w gruncie rzeczy w jednym zdaniu opisałem całą strukturę seniorskiego sportu w klubie — i to jest naprawdę fenomen, że tak niewielka grupa ludzi, działająca w zasadzie wyłącznie z pasji, zaszła tak daleko bez żadnego „kapitału zakładowego”. To się naprawdę ceni i w dalszej przyszłości będzie moim zdaniem ciężkie do powtórzenia dla tych którzy kiedyś przyjdą po nas.

A są jeszcze kibice!

– Tak, Jest jeszcze jedno spoiwo, bez którego ta cała układanka nie miałaby sensu — kibice. To naprawdę duży fenomen tej małej osady. Jak to w relacjach bywa, mamy lepsze i gorsze momenty, ale jak dobra rodzina zawsze wracamy do siebie i wzajemnie się wspieramy. Nie ma co ukrywać: to gigantyczny atut Podlesianki — świetna organizacja, mocny doping, obecność na wyjazdach. I co ważne, stadion zapełniają już nie tylko najbardziej oddani fani. Pojawia się coraz więcej rodzin z dziećmi i osób, które może nie chcą wydzierać gardła, ale czują klimat i lubią futbol, który prezentujemy. Dzięki tej społeczności od lat wygrywamy Budżet Obywatelski, a stadion i cały ośrodek zmieniają się z roku na rok. Do tego dochodzi świetna strefa gastro — piwko, grill, stoisko z pamiątkami… To naprawdę przyjemne miejsce na sobotni wypad na mecz, gdzie można spędzić fajne popołudnie, nie tylko obejrzeć 90 minut gry.

A same liczby też mówią same za siebie: baraż z Podbeskidziem – prawie 1000 osób, finał Pucharu Polski – blisko 700, mecz z Rybnikiem – około 500. Jak na klub o takiej skali, to nie są małe wyniki. Betclic 3 liga, to w ogóle był boom, bo byliśmy pionierami i każdy chciał zobaczyć takie marki jak Polkowice, Kluczbork czy Śląsk II Wrocław na naszym stadionie – Sołtysia pękała w szwach i często nadal pęka. Nasza standardowa widownia na poziomie +300 to wynik, którego wiele zespołów z wyższych lig mogłoby nam szczerze pozazdrościć.

No to tradycyjnie już na koniec naszych rozmów, czego życzyć Podlesiance?

– Na koniec tej rozmowy życzyłbym sobie jednego i wcale nie jest to sukces sportowy. Stabilizacji! Nie takiej pozornej, tylko tej prawdziwej — opartej na ludziach, którzy czują pasję i mają w sobie choć odrobinę potrzeby zrobienia czegoś dobrego. W sporcie łatwo zachwycać się wynikiem, ale prawdziwa wartość powstaje wcześniej, w procesie, który ktoś musi odważyć się wesprzeć.

W tym wywiadzie oddałem sporą część siebie, bo chciałem, żeby było widać, ile serca i determinacji wkładamy w ten projekt. Mamy trudne warunki, to prawda. Ale mamy też coś, czego nie da się kupić – zaangażowanie ludzi, którzy codziennie dźwigają ten klub, bo wierzą, że to ma sens.

Dlatego mam nadzieję, że przeczyta to ktoś, kto ma możliwości, ale szuka czegoś więcej niż kolejnego miejsca do „postawienia logo” lub budowania własnego ego. Kogoś, kto zauważy, że tutaj naprawdę można zostawić po sobie wartość. Z odpowiednim partnerem ten projekt nie potrzebuje cudów — potrzebuje jednego człowieka, który powie: widzę, co robicie, i chcę być częścią czegoś, co powstaje z pasji, a nie z przypadku czy chęci zysku.

Dziękuję bardzo za rozmowę!

Rozmawiał Kamil Drzeniek