D. BREHMER: „PLANOWANIE AWANSU JAKO CZEGOŚ GWARANTOWANEGO BYŁOBY ZAROZUMIAŁOŚCIĄ”
5 marca 2026O zbliżającej się rundzie wiosennej, wspomnieniach z boisk III-ligowych a także o najbliższych planach – zarówno tych sportowych jak i prywatnych rozmawialiśmy z Trenerem Dawidem Brehmerem. Warto przeczytać!
Trenerze, okres przygotowawczy już za nami. Jak go można ocenić ?
– Patrząc już z perspektywy finiszu tego okresu – był bardzo mocny i konkretny. Ogrom pracy, pełna dyscyplina i duża odpowiedzialność po stronie zawodników. Trenowaliśmy praktycznie jak zespół zawodowy – przez długi czas nawet sześć dni w tygodniu. A pamiętajmy, że w realiach czwartej ligi piłka nie jest jedynym zajęciem w życiu zawodników. Tym bardziej doceniam ich podejście. Weszli w ten projekt w stu procentach. Nie było odpuszczania, ani wymówek. Absencje tylko wtedy, gdy ktoś był chory albo kontuzjowany. To pokazuje, że drużyna potraktowała ten okres poważnie. Jesteśmy już po ponownych testach motorycznych i siłowych. Wnioski są jasne – zrobiliśmy wyraźny krok do przodu. Parametry siły i wytrzymałości mocno poszły w górę. Oczywiście coś za coś – chwilowo straciliśmy trochę dynamiki i świeżości. Ale to był świadomy etap. Zimą buduje się fundament, a detale szlifuje się później. Teraz jesteśmy już w fazie równoważenia obciążeń. Chcemy w rozgrywkach połączyć wszystko: siłę, wytrzymałość, szybkość i dynamikę. To moment, kiedy zmniejszamy objętość i przekładamy pracę na jakość meczową. Zostało kilka dni – musimy być już teraz chirurgicznie precyzyjni by trafić z formą nie tylko na pierwszy mecz, ale na całą rundę. Podsumowując – to był jeden z najtrudniejszych okresów w ostatnich latach w Podlesiance – być może najtrudniejszy. Ale nie działaliśmy na oślep. Proces był zaplanowany, przemyślany i wsparty merytorycznie. Trener Mateusz wykonał bardzo dobrą pracę w obszarze siły. My na boisku dokładaliśmy akcenty wydolnościowe i elementy dopasowane do naszego modelu gry. Bramkarze trenowali równolegle – łączyli pracę z trenerem Marcinem z pełnym programem siłowym zespołu. Nie było wyjątków. Teraz kluczowe pytanie brzmi jedno: czy ta praca przełoży się na regularność w meczach o punkty. Bo prawdziwą ocenę wystawia liga. Tam wchodzą emocje, presja, detale, błędy, warunki boiskowe i zwykłe piłkarskie szczęście. I to wszystko zweryfikuje naszą zimę.
Co jeszcze zostało zrobione, by zespół był na wiosnę jeszcze lepszy?
– Poza przygotowaniem motorycznym ogrom pracy wykonaliśmy w taktyce. Tu bardzo dużą rolę odegrał trener Robert. Systematycznie analizował naszą grę i szukał obszarów, które można poprawić – nie kosmetycznie, ale realnie. Przyjrzeliśmy się dokładnie jesieni: temu, co funkcjonowało, i temu, co wymagało korekty. Ułożyliśmy jasną ścieżkę treningową, podzieliliśmy kompetencje w sztabie i pilnowaliśmy, żeby w jednostkach było dużo „piłki w piłce” – czyli konkretnej pracy meczowej, a nie tylko ćwiczeń oderwanych od realiów gry. Taktycznie zrobiliśmy krok porównywalny z tym fizycznym. Przesunęliśmy kilku zawodników na inne pozycje, zmieniliśmy relacje między formacjami. Sporo uwagi poświęciliśmy pressingowi – jego organizacji i momentom doskoku. Pracowaliśmy nad budowaniem ataku oraz nad reakcją po stracie, czyli zabezpieczaniem przestrzeni, żeby nie dawać rywalowi łatwych przejść. Dużą wartością jest współpraca w sztabie. Z Robertem i Damianem nie boimy się konfrontować pomysłów. Dyskusje bywają intensywne, ale właśnie dzięki nim wypracowujemy najlepsze rozwiązania. To nie jest wizja jednej osoby, tylko wspólny kierunek. Natomiast jedno się nie zmienia – wszystko zweryfikuje liga. Możemy być zadowoleni z pracy zimą, ale prawdziwy sprawdzian przychodzi w meczach o punkty. Na dziś mamy poczucie, że wykorzystaliśmy ten czas maksymalnie w naszych warunkach. Teraz czas to obronić na boisku.
Dopiero w 4. kolejce wiosennej prawdopodobnie zainaugurujecie grę na trawie. Jak do tego podchodzicie?
– Szczerze mówiąc – nie pamiętam sytuacji, żebyśmy aż tak długo czekali na powrót na naturalną murawę. Wiemy już, że pierwszy mecz rozegramy na sztucznej nawierzchni w Częstochowie z Victorią. To może nie jest scenariusz idealny, ale trzeba spojrzeć na to racjonalnie. Zima była ciężka, a drugi atak mrozów w lutym wyraźnie opóźnił regenerację boisk. W takich warunkach trudno oczekiwać cudów i widzę, że wiele klubów ma problemy z boiskami. W drugiej kolejce mamy pauzę – pierwotnie mieliśmy grać z Łękawicą. Zamiast tego zmierzymy się w sparingu z solidnym czwartoligowcem z Małopolski, Pcimianką Pcim. To wartościowy rywal, a co równie ważne – dysponuje bardzo dobrą sztuczną nawierzchnią. Chcemy to wykorzystać rozsądnie, jako element przygotowania do trzeciej kolejki, kiedy zagramy z wiceliderem, Rakowem II Częstochowa. Rezerwy Rakowa również występują na sztucznej murawie, więc wcześniejsze przechodzenie na naturalne boisko nie miałoby większego sensu. Zbyt duża zmienność nawierzchni w jednym mikrocyklu potrafi być ryzykowna dla organizmu. Mięśnie reagują na inne podłoże, rośnie obciążenie i łatwiej o urazy. Dlatego w tej sytuacji stawiamy na konsekwencję. Skupiamy się na tym, by w pierwszej fazie rundy optymalnie funkcjonować w warunkach, które realnie nas czekają. Adaptacja do trawy przyjdzie w odpowiednim momencie – po meczu z Rakowem. Teraz najważniejsza jest stabilność i logika w przygotowaniach.
Z jednej strony wszystkie sparingi graliście na sztucznej, więc teoretycznie adaptacja do tych pierwszych dwóch meczów powinna być łatwiejsza?
– Rzeczywiście, poziom adaptacji będzie wysoki – u nas, ale też u rywali. Zimą wszyscy pracują w podobnych warunkach, więc trudno tu mówić o przewadze czy elemencie zaskoczenia. To jednak nie sprowadza się wyłącznie do taktyki czy „czucia piłki”. Po kilku miesiącach na sztucznej nawierzchni pojawia się zwyczajny przesyt. To podłoże mocniej obciąża stawy i mięśnie, a z czasem także głowę. Z doświadczenia wiem, że pierwszy trening czy mecz na trawie wiosną zawsze dawał dodatkowy impuls – coś w rodzaju mentalnego i fizycznego resetu. Symboliczne zamknięcie zimy i wejście w normalne granie. Tym razem tego efektu nie będzie. Zamiast świeżego startu mamy tak jakby przedłużenie zimy. To nie jest wymarzony scenariusz, ale jest realny i trzeba go zaakceptować. Dlatego podjęliśmy konkretne działania. Nasze boisko treningowe jest dziś w słabej kondycji, do tego ma nieco mniejsze wymiary. Sesje taktyczne przenieśliśmy więc na obiekt przy Asnyka – na boisko Rozwoju – gdzie mamy dostęp do pełnowymiarowej płyty w godzinach wieczornych. Organizacyjnie jesteśmy zabezpieczeni, choć mamy pewne obawy co do pierwszego spotkania w kwestii technicznej. Boczne boisko Victorii jest bardzo małe i na pewno spowoduje bardzo niespecyficzny styl gry obu zespołów. Bliski kontakt z rywalem, często piłka w powietrzu, sporo stałych fragmentów gry i mimo wszystko trochę więcej losowości– to na pewno będzie charakterystyczne dla tego pojedynku, Nie traktujemy jednak tej sytuacji jak problemu. To wyzwanie, które wymaga metodycznego podejścia. Runda będzie trudna, więc zamiast szukać wymówek, skupiamy się na pracy i konsekwencji.
Licząc odejścia i przyjścia, bilans transferowy jest ujemny. Dacie radę z taką kadrą?
Na papierze bilans faktycznie jest ujemny. Ale papier nie pokazuje całego kontekstu. Jesienią rozegraliśmy aż o siedem meczów więcej. W lidze były jeszcze zespoły, które później się wycofały, do tego doszła długa droga w Pucharze Polski – aż do finału. I to nie były spotkania „na przegląd młodzieży”, tylko realna walka o wynik. To kosztowało sporo energii. Wiosną meczów będzie około 30% mniej. To automatycznie zmniejsza pulę minut do rozdysponowania. Jeśli nie wydarzy się nic nadzwyczajnego pod względem zdrowotnym, aż tak szeroka kadra nie będzie konieczna. Zawodnicy, którzy odeszli, mieli ograniczone minuty ligowe, ale jako grupa dali nam dużo – jakość treningową, zaangażowanie i możliwość rotacji w Pucharze. Dzięki temu podstawowi gracze mogli złapać oddech, a mimo zmian doszliśmy do finału. To nie był przypadek. W pewnym momencie wspólnie uznaliśmy jednak, że dla części z nich to dobry moment na kolejny krok. Przy rosnącej rywalizacji i silnym trzonie zespołu trudno byłoby utrzymać motywację przy małej liczbie minut. Dlatego Kamil Cieszko, Mateusz Weiss i Mikołaj Dyrda zeszli poziom niżej, żeby regularnie grać. To młodzi zawodnicy – wierzę, że czas spędzony u nas będzie dla nich solidnym fundamentem. Inaczej wyglądała sytuacja Alexa Sivtseva. Była jakość, był charakter, był potencjał. Natomiast od napastnika wymagaliśmy konkretu – bramek, asyst i skuteczności. Okazji miał na pewno sporo, paradoksalnie nawet więcej niż podstawowy nasz podstawowy w tamtej rundzie napastnik – Adam Żak. Myślę, że Alex potrzebuje większej stabilizacji i zaufania w innym miejscu. Rozstanie było spokojne, z wzajemnym szacunkiem i obie strony były co do jego konieczności zgodne. To dobry piłkarz i współpraca z nim była dla nas przyjemnością. Z tego miejsca dziękuję mu serdecznie z ogromny wkład pracy i zaangażowania w Podlesiance! Ostatecznie odeszło czterech zawodników, ale żaden nie był kluczową postacią pierwszego składu. Rdzeń drużyny został zachowany. I to jest dla nas najważniejsze.
A wzmocnienia?
– Trochę przewrotnie odpowiem: naszym pierwszym i bardzo konkretnym wzmocnieniem jest powrót Przemka Żemły do pełnej dyspozycji. Jesienią łapał już pierwsze minuty, ale po tak długiej i nietypowej kontuzji trudno było mówić o stuprocentowej gotowości. Teraz możemy. Przemek od lat jest zawodnikiem, który robi różnicę – niezależnie, czy graliśmy w trzeciej, czy czwartej lidze. Jego zdrowy organizm i w pełni przepracowana zima to dla nas realna wartość dodana. Poza tym dokonaliśmy kilku przesunięć wewnątrz kadry. Bez szczegółów – nie ma sensu ułatwiać życia rywalom – ale to nie są rewolucje. Raczej precyzyjna korekta. Ustawienie kilku zawodników w takich rolach, w których – naszym zdaniem – mogą dać drużynie więcej na wiosnę. Jeżeli ta optymalizacja przełoży się na ich liczby i jakość decyzji na boisku, to jako zespół powinniśmy być mocniejsi niż jesienią. Można powiedzieć, że to nasza wersja transferów – mniej efektowna medialnie, ale potencjalnie bardzo konkretna sportowo.
No dobrze, ale nowe twarze mamy w kadrze. Czego można się po nich spodziewać?
– Skupiliśmy się przede wszystkim na młodych zawodnikach. To świadoma inwestycja w przyszłość. Pierwszy przykład to Wojtek Raida – nasz 16-letni zawodnik, który ostatnio zbierał cenne minuty w „Emce”. To ruch perspektywiczny. Chcemy, żeby spokojnie budował doświadczenie i w kolejnych sezonach jako wychowanek realnie wypełniał rolę młodzieżowca. Przed nim jeszcze sporo pracy, ale jeśli pojawi się szansa na debiut, będziemy gotowi, żeby ją dać. Bartek Brzęk to troszkę już inny ciężar gatunkowy, choć rocznikowo to nadal „dzieciak” z rocznika 2009. Ma za sobą młodzieżowe reprezentacje Polski i – co dla mnie ważniejsze – ponad rok funkcjonowania w pierwszoligowej kadrze GKS Tychy, zarówno u trenera Skowronka, jak i Piszczka. To zawodnik, który zna wymagania seniorskiej piłki. Duża uniwersalność i dobra fizyczność jak na 17-latka dają nam konkretne możliwości. To też efekt realnej współpracy z tyskim GKS-em. Widać, że musi jeszcze popracować nad swoją pozycją w naszym zespole, bo sam fakt trenowania z 1 Ligą dalej nie jest argumentem wiodącym. Swoją wartość musi udowadniać każdego dnia na treningach. Dołaczył też do nas Szymon Zwolski – młodzieżowiec, ale ze sporym doświadczeniem w czwartej lidze podkarpackiej i sezonem w trzecioligowej Siarce Tarnobrzeg, skąd wykonany zostanie ten transfer. To ważne, bo chcemy młodych, ale też takich, którzy już poczuli seniorski poziom. Miał bardzo dobry początek okresu przygotowawczego, potem lekko „zjadły” go nasze obciążenia treningowe, ale to bardzo ciekawy zawodnik i myślę, że będzie aktywnie walczył o minuty na boisku. To gracz ofensywny i daje nam opcje zarówno na „dziewiątce”, jak i na obu skrzydłach. Jesteśmy zadowoleni z tych ruchów, ale podkreślam, że tym razem głównie postawiliśmy na jeszcze lepsze zgranie i doskonalenie umiejętności ekipy, która występowała u nas na jesień. Głośnych transferów na nagłówki gazet tym razem u nas nie znajdziemy i jest to w pełni świadomy i przemyślany ruch.
Czy coś nie wyszło?
– Jeżeli chodzi o transfery, to jeden niestety nie doszedł do skutku, ale gracz ten dzień przed finalizacją wpadł mocno w oku trenerowi Piszczkowi i trafił bezpośrednio do kadry 1-ligowego GKS-u Tychy. Ostatnie dwa mecze był już nawet na ławce rezerwowych. Cieszymy się z jego sukcesu i nie rozpaczamy z powodu zmiany planów. Ta sytuacja otwarła drogę do Podlesia wspomnianym wcześniej Bartkowi i Szymonowi, więc liczbowo wychodzimy nawet na mały „plus”. Jeśli jednak mówimy stricte o aspekcie sportowym, największym wyzwaniem tej zimy była logistyka treningów. Żeby pracować na dobrym boisku i utrzymać odpowiednią jakość zajęć, trenowaliśmy o nietypowych porach – o 20:00 na boisku Rozwoju. Chłopaki wychodzili na trening późno, a wracali do domów jeszcze później. To zaburza rytm dnia zawodników i sztabu, wymaga dobrej organizacji i dyscypliny. Mocno poszerzyliśmy też w pracę na siłowni i z tego powodu utworzyliśmy aż 3 mikrogrupy, które pracowały na zindywidualizowanych ciężarach, na początku dwa razy w tygodniu, dodatkowo otrzymując ostre bądźcie w krótkich sesjach wydolnościowych. Nie ukrywam, że wymagało to od nas „dyżuru” w klubie niemal przez 4 godziny na jednostkę by przerobić całą grupę. Dokładając rozmowy, planowanie treningów, to w klubie spędzaliśmy naprawdę sporo czasu. Sama zima też była wymagająca. Mróz dawał się we znaki – zwłaszcza nam, trenerom, którzy więcej stoją niż biegają – ale sam zespół wytrzymał to na szczęście bardzo dobrze. Najważniejsze, że obyło się bez poważniejszych kontuzji. Mieliśmy natomiast tydzień, w którym praktycznie połowa kadry zmagała się z chorobą i w jednym ze sparingów brakowało nam dziesięciu zawodników z gorączką. To było realne wyzwanie, ale pojechaliśmy do Krakowa, wyszliśmy na boisko i zagraliśmy. Mimo porażki w samej końcówce meczu (3:0 z Hutnikiem II Kraków) byliśmy pod wrażeniem dyscypliny i umiejętności tej niesamowicie okrojonej grupy zawodników. I to chyba najlepiej pokazuje charakter tej drużyny. A błędy? Kto ich nie popełnia. Jesteśmy tylko ludźmi i mam w głowie te jednostki, poszczególne ćwiczenia czy fragmenty sparingów, które były nietrafione. Sztuka jest by te błędy dostrzegać i w miarę szybko korygować. Jak mówi przysłowie, błędów nie popełnia tylko ten, który nic nie robi.
Co zatem ciekawego szykujecie na wiosnę?
– Będziemy walczyć o każdy centymetr boiska. Chcemy wygrywać każdy mecz i chcemy pokazać doświadczenie – bo to jest nasza duża przewaga. Mamy prawdopodobnie najbardziej doświadczony zespół w tej lidze. Większość tej kadry wywalczyła awans do czwartej ligi, przeszła przez bardzo trudny baraż. Ta sama grupa – mimo że ostatecznie spadliśmy – grała pod ogromną presją o utrzymanie w trzeciej lidze. Tego się nie kupi transferem. Tego nie da się nauczyć w jeden sezon. Dodatkowo 6 naszych ważnych graczy ma ogromne doświadczenie w rywalizacji na szczeblu centralnym, a oni wiedzą jak radzić sobie z przytłaczającą presją i każdego dnia dzielą się tym doświadczeniem z resztą zespołu. Nasi najgroźniejsi rywale mają jakość, dynamikę, młodość. My mamy oprócz mocnych cech piłkarskich również coś innego – odporność i pamięć meczów o wysoką stawkę. Chcemy to wykorzystać. Mamy liderów z ogromnym doświadczeniem i ambicją. Czuć w nich głód zrobienia ponownie czegoś dużego z Podlesianką. Być może dla części z nich to jeden z ostatnich momentów w karierze, żeby powalczyć znowu o coś naprawdę znaczącego – i to w barwach klubu, z którym są bardzo emocjonalnie związani. Kilka ciekawych historii już napisaliśmy i dalej piszemy – aż 7 obecnych graczy naszej kadry pamięta jeszcze występy Podlesianki na szczeblu Okręgówki i awans w 2021 do 4 Ligi.
A gdy sezon się zakończy, czego można się spodziewać?
– To zależy od nas jako drużyny, ale niestety już tylko w sensie sportowym. Część organizacyjna jest dużą niewiadomą na dziś. Ten klub już kilka razy udowodnił, że potrafi przedłużać historie, które inni chcieli zamykać. Ale prawda jest też taka, że nie da się w nieskończoność funkcjonować na oparach. Ten projekt powstał z ambicji i ogromnej pracy ludzi, którzy często dawali więcej, niż wynikało to z obowiązku. Jeśli chcemy zrobić kolejny krok, musi za tym pójść konkret – sportowy i organizacyjny. Ponowny awans nie jest tylko marzeniem, to byłby realny impuls do zmian strukturalnych. Jeżeli go nie będzie, świat się nie zawali, ale będziemy musieli uczciwie usiąść i zastanowić się nad reorganizacją. Być może zmienić model, tempo, priorytety. Nie po to, żeby się poddać, tylko żeby klub funkcjonował stabilnie, a nie z rundy na rundę balansował na granicy możliwości. Być może trzeba będzie wrócić na poziom sprzed kilku lat – priorytetem jest w końcu by ta historia zapoczątkowana w 1938 roku trwała nadal bez względu na reprezentowany poziom. Ta wiosna jest więc czymś więcej niż tylko walką o punkty. To moment, w którym możemy nadać kierunek na kolejne lata
Czy potencjalny awans nie byłby kolejnym ryzykownym skokiem na zbyt głęboką wodę?
– Jeżeli do niego dojdzie, to już nie będzie romantyczny zryw jak po sezonie 23/24. To będzie projekt oparty na oszczędnościach, dyscyplinie i bardzo ambitnym, ale realistycznym planie. Drugi raz nie wejdziemy poziom wyżej bez pomysłu, jak przetrwać. Nie wejdziemy ponownie na obietnicach, których obiecujący nie dotrzymali. Mamy już dziś pewną koncepcję. Ona będzie wymagająca, momentami bolesna i bardzo rygorystyczna organizacyjnie, ale wyciągnęliśmy wnioski z poprzedniego podejścia. Chcielibyśmy oprzeć się na tym, co realnie mamy: lokalizacji w centrum aglomeracji, potencjale tegoż regionu i systemowym podejściu do młodzieżowca, oraz profitów wynikających z ich wprowadzania – nazwijmy ten pomysł roboczo „Podlesianka 2.0”. Do tego aktywna współpraca z klubami partnerskimi i być może kolejne relacje. To musi być projekt oparty na strukturze, nie na emocjach. Ale podkreślę jedno – dziś niczego nie zakładamy jako pewnik. Mimo że jesteśmy w tabeli na samym czubku, wiemy, ile zakrętów jeszcze przed nami. To będzie wojna sportowa od początku do końca. Planowanie awansu jak czegoś gwarantowanego byłoby zarozumiałością i skrajnie pyszną wizją. Nie zlekceważymy też najgroźniejszych rywali – oni również zrobią wszystko by nas przechytrzyć i samemu zdobyć najwyższy laur. Obserwujemy ich wnikliwie i wiemy, że prezentują bardzo wysoką klasę i chcą tego samego co my – palmy pierwszeństwa na koniec rozgrywek! My idziemy prostą zasadą: jeśli chcesz mieć spokój, szykuj się na wojnę. W każdym meczu damy maksimum. A dokąd nas to zaprowadzi – pokaże czas.
A jeśli zaprowadzi do drugiego miejsca i barażów?
– To najbardziej wymagający wariant. Mordercze baraże – trzeba wygrać z dwoma rywalami, na pewno markowymi, o dużym potencjale sportowym. Przegrywający nie ma drugiej szansy czy rewanżu. Możliwe, że trafilibyśmy na zespoły pokroju Stilonu Gorzów czy Stali Brzeg. Graliśmy z nimi w trzeciej lidze i wiemy, że to poważne firmy. Na dziś stojące dużo mocniej organizacyjnie niż my. Do tego dochodzi jeszcze jeden aspekt – sezon wydłuża się o kolejne dwa tygodnie. To dodatkowe obciążenie fizyczne, logistyczne i mentalne. W praktyce grasz o wszystko, kiedy inni już kończą rozgrywki. Skraca się do minimum czas na urlopy i planowanie przyszłości. To dlatego mówię, że to najtrudniejszy z „pozytywnych” scenariuszy. Dodatkowo baraże są dwustopniowe, możesz odpaść już na wstępie na szczeblu półfinałów, a możesz równie dobrze przegrać w rzutach karnych meczu finałowego. Opcji jest kilka, ale jedno niezmienne – awansuje tylko jeden zespół z czterech. Ale jeśli mamy być szczerzy – to wciąż scenariusz dający szansę. A my mamy doświadczenie w meczach o wysoką stawkę. Wygrywaliśmy baraż, graliśmy pod presją utrzymania. Wiemy, też jak przygotować zespół na dwa tygodnie grania na granicy możliwości. Ale dziś nie kalkulujemy. Jeśli będzie pierwsze miejsce – będziemy gotowi. Jeśli baraże – przyjmiemy to wyzwanie. Skoro chcemy czegoś więcej, musimy być gotowi zapłacić za to cenę. Nawet taką, że zajmiemy ostatecznie miejsce poniżej tego barażowego. To sport a on uczy pokory każdego dnia.
Zakładając że scenariusz kolejnego awansu jest na dziś ogromną niewiadomą. Co pozostanie po sezonie 24/25 w Betclic 3 Lidze w naszych głowach?
– Jeżeli chodzi o nas, to mam poczucie, że sportowo byliśmy zespołem zdecydowanie lepszym, przynajmniej od kilku które się utrzymały naszym kosztem. Mieliśmy więcej jakości, więcej argumentów piłkarskich i w wielu meczach potrafiliśmy to pokazać. Natomiast oni w tamtym kluczowym momencie potrafili wykorzystać doświadczenie i umiejętność grania o przetrwanie. Może nie wyglądali lepiej, ale byli skuteczniejsi w realizacji celu. I to oni się wtedy utrzymali. Potrafiliśmy też rywalizować jak równy z równym z naprawdę topowymi zespołami. Jestem przekonany, że przy odrobinie tej piłkarskiej fortuny po rundzie jesiennej, kiedy tej fantazji i pozytywnego flow było u nas najwięcej, mogliśmy nawet skończyć w ścisłej czołówce. Nie czuliśmy się gorsi od pierwszej piątki, a stosunek pecha do piłkarskiego szczęścia wychodził nam wybitnie na naszą niekorzyść . Niestety potoczyło się to wszystko inaczej, weszły aspekty pozasportowe i na nikłe pocieszenie został nam fakt, że regulaminowo się utrzymaliśmy. Spadków było jednak więcej – tych nadmiarowych aż dwa i finał tej historii znamy. W drugiej rundzie nasze problemy zaczęły przeważać, ale były też momenty zwrotne – mecze, w których jedna bramka mogła zmienić wszystko, mentalnie i punktowo. Czasem naprawdę chodzi o jeden detal, który pozwala „przekręcić wajchę” i złapać serię. Tego zabrakło, choćby w dwóch pierwszych wiosennych meczach, które zremisowaliśmy 2-2, mając tak naprawdę obu rywali „na widelcu”. Cóż, 3 liga nie uznaje trybu przypuszczającego.. Dziś patrzę na tę ligę z większym dystansem i pewnym sentymentem. To rozgrywki, które uczą pokory. Sama jakość nie wystarczy – potrzebna jest stabilność, konsekwencja i chłodna głowa w kluczowych momentach. I to chyba największa lekcja z całego tamtego sezonu. Pozostaje nam pamięć i poczucie historycznych osiągnięć, które paradoksalnie mamy możliwość powtórzyć, ale z lepszym i skuteczniejszym planem. A jak się nie uda ponownie, to pozostają świetne wspomnienia i wiele fajnych historii.
No dobrze, to sprzedajmy kilka anegdotek i wspomnień z tamtego okresu
– Pamiętam wyjazd do Kluczborka na jesień. Na papierze – klasyczne starcie „Dawida z Goliatem”. Piękny stadion, mocna kadra, nazwiska robiące wrażenie. Trener Ganowicz pauzował wtedy za kartki, ale w trakcie meczu siedział przy boisku na ławce medycznej i dyrygował zespołem. Zgłosiłem to sędziemu, bo uznałem że to nie fair. Atmosfera zrobiła gęsta, było trochę nerwów, trochę podjazdów z ławki i trybun. Trener z prezesemMKS-u nie szczędzili mi „uprzejmości” po usunięciu go z tej ławki (śmiech). A potem? 3:0 dla nas. Kapitalny mecz. Koncentracja, odwaga, polot, a w defensywie nieustępliwość defensorów i kilka świetnych parad Tomana. W ich szatni po meczu było naprawdę bardzo gorąco, a roztrzaskana w drobny wiór tablica robiła piorunujące wrażenie. Satysfakcja? Ogromna. Może nawet proporcjonalna do różnicy potencjałów, jaka na papierze nas dzieliła. Tam pokazaliśmy, że nie przyjeżdżamy nigdzie po to, żeby robić tło. A Kluczbork finalnie stanął do rywalizacji w barażach o Betclic 2 Ligę. Byli naprawdę silni. Fajne wspomnienie to też mecz z Karkonoszami u siebie. Stanąć naprzeciwko trenera Sławomira Majaka – gościa, którego kiedyś oglądałem w reprezentacji Polski i Lidze Mistrzów w barwach Widzewa i wygrać ten mecz – to było coś. Pamiętam też, że po naszym nieoczekiwanym zwycięstwie z Górnikiem Polkowice zwolniono ze stanowiska trenera Enkeleida Dobiego – to też mocna piłkarska postać – reprezentant Albanii i były ekstraklasowy gracz. Obecnie pierwszy trener na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Albanii w zespole Teuta Durres. Oczywiście samo zwolnienie to nic miłego, ale fakt ogrania takiej marki i takiego fachowca, to powód do dumy. Miło było słuchać na konferencji prasowej pochwał obu fachowców względem takiego małego klubu jak Podlesianka. Takie momenty uświadamiają, jaką drogę się przeszło – od okręgówki i rywalizacji z amatorami trenującymi po godzinach, po granie przeciwko takim graczom jak Patryk Tuszyński, Szymon Drewniak, Bartosz Rymaniak, Emil Drozdowicz, czy wielu innych… Był też fajny kontakt z prezesem Lechii Zielona Góra, Maciejem Murawskim – konkretna postać polskiej piłki – gra w reprezentacji, Legii, Bundeslidze… Bardzo otwarty i sympatyczny człowiek. No i Bytom Odrzański. Prezes Piotr Michalewicz – pasjonat z krwi i kości, człowiek, który zbudował tam przepiękny stadion. Ewenement w Lubuskim i w sumie perełka niższych lig w skali całego kraju. Ograć ich 5:0 przy jupiterach, przy transmisji telewizyjnej, w ulewnym deszczu i dzielnej delegacji naszych kibiców… To był wieczór, kiedy wychodziło nam niemal wszystko. Później naprawdę im kibicowałem, gdy przyjechała do nich Wisła Kraków na mecz pucharowy. Świetny klub, dobrzy ludzie. No i na koniec crème de la crème – wyjazd do Słubic. Chyba najbardziej przetrzebiona kadra, jaką kiedykolwiek pamiętam. Kontuzje, braki, kartki, a na domiar złego na rozgrzewce wypada Pacho. Kopciu gra pierwsze 45 minut na pięciu ketonalach i niemal bez opcji sprintu. Na ławce 3 młodzieżowców, bramkarz i nikogo zdrowego więcej. Klimat bardziej survivalowy niż piłkarski. Dostajemy kuriozalnego gola jako pierwsi, wydawało się, że nie damy rady, bo kompletnie nic nam nie wychodziło. Mimo tego wygraliśmy! I to w jakich okolicznościach! Ostra rozmowa szatni i wychodzimy na drugą połowę! Najpierw Alan wyrównuje pięknym strzałem od poprzeczki, potem Jochim strzela głową swoją debiutancką, a dla nas zwycięską bramkę! Piotrek, nasz ówczesny kulismann, wbiega po tym golu na murawę i kręci materiał, który do dziś wywołuje ciarki. Takie momenty zostają – chyba bardziej niż końcowa tabela. Było tego dużo. Rzeczy piękne i takie, które bolały. Emocje, nerwy, radość, czasem bezsenne noce. Wiele ciężkich spraw pozostanie w murach naszej szatni. Ale właśnie z takich historii buduje się coś więcej niż sezon. Kiedyś naprawdę usiądziemy i napiszemy z tego porządne wspominki. Bo materiału zdecydowanie nie brakuje.
Zostajemy w klimacie refleksji. Dobijamy powoli do 4 lat pracy jako trener w tym samym zespole. Czy następuje jakieś wypalenie?
– Cztery lata to w piłce naprawdę dużo, ale trzeba spojrzeć na to w szerszym kontekście. Przez ten czas praktycznie cały czas graliśmy o coś. Dwa sezony w 4. lidze – walka do ostatnich kolejek: najpierw przegrana na ostatniej prostej, rok później zwycięstwo w lidze i baraże. Później przyszedł impuls w postaci szczebla centralnego – wyjazdy do takich klubów jak MKS Kluczbork, Lechia Zielona Góra, Górnik Polkowice, Śląsk II Wrocław czy Stilon Gorzów i walka do samego końca o utrzymanie tej ligi. A przecież jeszcze kilka lat wcześniej ligowe derby z Górnikiem MK Katowice były na Podlesiu piłkarskim świętem. Pamiętam jak dziś jak walczyliśmy o utrzymanie w okręgówce z Ogrodnikiem Cielmice do ostatniej kolejki. To jest skok o wymiarze niemal epokowym. Myślę, że mało kto wtedy realnie zakładał, że dojdziemy do tego miejsca. I to stymulowało niesamowicie, nawet jeżeli było ciężko. Właśnie dlatego, jeśli mówić o jakimkolwiek zmęczeniu, to ono nie wynika z długości pracy, tylko z intensywności. Cztery lata ciągłej walki o wysokie cele, bez sezonu oddechu. Do tego doszły problemy organizacyjne i finansowe, zupełnie niezależne od drużyny. Zaufaliśmy nie tym osobom, co trzeba, pojawiło się napięcie, bo zaczęła się walka o stabilność. Szatnia też miała mocne osobowości i nie brakowało zgrzytów kiedy ta presja walki o utrzymanie była już naprawdę wysoka. I to był moment, kiedy ten ogień na chwilę przygasł – już pod koniec tej naszej 3 ligowej podróży. Ale dzisiaj znów jesteśmy liderem, znów gramy o coś. Ten ogień udało się rozpalić w trochę inny sposób. Mówimy teraz o mnie, ale trzeba spojrzeć na zespół – wielu zawodników jest tu ze mną trzy, cztery lata, niektórzy jeszcze dzielili ze mną szatnię, gdy byłem zawodnikiem. Znają mój styl pracy, wymagania, dostrzegają kiedy mam lepsze i słabsze dni. Po takim czasie naturalnie potrzeba świeżych bodźców i udało nam się to wprowadzić. Robert jest ze mną jako równoległy pierwszy trener, doszedł Damian jako „dwójka”. Sztab daje dziś drużynie inne impulsy. Wykorzystujemy moje doświadczenie, ale też energię i nowe pomysły pozostałych trenerów. To pozwoliło nam wejść z buta w ten sezon i niewątpliwie nowa struktura sztabu i głód zwycięstw zawodników daje efekt ciągłej stymulacji. Jestem spokojny o motywację do samego końca tego sezonu.
To tak na koniec – Co po sezonie 2025/2026?
– Trzeba być uczciwym – jeśli nie osiągniemy celu maksimum, to będzie dla mnie moment refleksji, czy nie powinienem wejść w inną rolę w klubie i nie przekazać pałeczki trenerskiej już całkowicie, Licząc grę na boisku i prowadzenie z ławki trenerskiej będę miał niebawem na liczniku prawie 550 ligowych meczów w Podlesiance. To naprawdę sporo.. Mam poczucie, że tylko sukces w pełni podtrzyma ten ogień na tej pozycji, ale nie chciałbym żeby to był temat przewodni tej kampanii. Najważniejsze jest dobro zespołu i tylko na tym się dziś skupiamy. Jedno jest pewne: Podlesie to mój klub. Niezależnie od roli nigdy nie zostawię go w potrzebie. A dziś chcę wycisnąć z tego sezonu absolutne maksimum jako trener.


